W 2002 roku w Lisewie Malborskim doszło do ogromnej tragedii - pewien mężczyzna brutalnie zamordował 10-letniego chłopca, zadając mu kilka ciosów nożem. W pobliżu miejsca zbrodni ktoś widział podobno Tomasza Kułaczewskiego, dlatego policja bezzwłocznie wydała nakaz aresztowania młodego mężczyzny. Podczas przesłuchania Tomasz przyznał się do zarzucanych mu czynów, choć był niewinny.
Dlaczego Tomasz przyznał się do winy? Portal trojmiasto.pl pisze, że policjanci mieli go do tego zachęcać.
Najpierw policja obiecała mi komplet moro. Nawet dali mi go założyć. Po godzinie kazali zdjąć i w samym podkoszulku wpakowali mnie za kraty. Po dwóch dobach na twardej pryczy, w chłodnej celi każdy by się przyznał. A obiecywali też, że załatwią leczenie
- opowiadał Tomasz w wywiadzie.
Warto wspomnieć, że mężczyzna jest osobą z niepełnosprawnością intelektualną. To właśnie tym prokuratura tłumaczyła wszelkie nieścisłości w śledztwie. Było ich całkiem sporo. Co prawda niektórzy świadkowie widzieli, że Tomasz kłócił się 10-latkiem, jednak po zatrzymaniu mężczyzna nie był w stanie opowiedzieć o okolicznościach zabójstwa, którego rzekomo się dopuścił. Ostatecznie trafił do więzienia. Los zabójców dzieci w zakładach karnych jest bardzo trudny, dlatego Tomasz doświadczył tam przemocy, której nie potrafi wymazać z pamięci.
Tomasz wspominał, że pierwszy rok w więzieniu był dla niego najgorszy. Z jego słów wynika, że współwięźniowie regularnie się nad nim znęcali, poniżali go na różne sposoby, a nawet wykorzystywali seksualnie.
Tego koszmaru nie da się zapomnieć. Byłem gwałcony i poniżany
- mówił Tomasz Kułaczewski w rozmowie z "Faktem".
Więźniowie nie mieli dla niego litości. Oprawcy kazali Tomkowi pić płyn do naczyń czy pastę do butów i sprzątać po każdym z nich.
Na początku musiałem wypijać wszystko, co mi dawali współwięźniowie. To była taka próba, którą trzeba tam przejść. (...) Nie chciałbym tego przeżyć jeszcze raz. Ale pod koniec nie było już tak źle. Zresztą po tych doświadczeniach nie dam sobie więcej dmuchać w kaszę. Nawet przez rok trenowałem na siłowni. Ale do więzienia więcej nie chcę trafić
- wspominał Tomasz Kułaczewski po wyjściu z więzienia.
Jego współwięźniowie byli najpewniej przekonani, że znęcając się nad nim, karzą człowieka winnego śmierci niewinnego dziecka. Prawda była jednak zupełnie inna. Po ponad trzech latach policji udało się odnaleźć prawdziwego sprawcę. Stało się to zupełnym przypadkiem, przy okazji innej zbrodni.
Prawdziwym zabójcą 10-latka okazał się Piotr T. Mężczyznę aresztowano za morderstwo innego dziecka. W trakcie przesłuchania na temat tamtej zbrodni Piotr przyznał się również do zabójstwa z 2002 roku. Dzięki temu prokuratura wznowiła śledztwo, a Tomasz wyszedł na wolność.
Materiał dowodowy, który został zgromadzony, nie pozwolił na jednoznaczne rozstrzygnięcie, niebudzące wątpliwości, że Tomasz Kułaczewski popełnił zarzucane mu przestępstwo. Wobec tego postępowanie wobec niego zostało umorzone
- poinformowała Grażyna Wawryniuk z Prokuratury Okręgowej w Gdańsku, o czym informowali dziennikarze programu "Interwencja".
Kiedy Tomasz wychodził z więzienia, czekali na niego mama, brat oraz cały tłum dziennikarzy. Rodzina mężczyzny nie miała wątpliwości, że jest on niewinny. Podczas pobytu w więzieniu bliscy bardzo go wspierali i obiecali, że otoczą go opieką po umorzeniu całej sprawy. Czas spędzony w więzieniu odcisnął jednak swoje piętno na psychice Tomasza. Nic więc dziwnego, że domagał się odszkodowania. Z doniesień portalu gdynia.naszemiasto.pl wynika, że Kułaczewski chciał 500 tys. zadośćuczynienia, 15 tys. odszkodowania i renty.
Muszę spróbować, kupię mały dom dla mnie, mamy i brata. Może starczy też na motor, resztę odłożę na lokatę. Urodziłem się drugi raz...
- mówił po wyjściu z więzienia.
W 2010 roku sąd orzekł, że Tomasz Kułaczewski niesłusznie skazany i osadzony na prawie cztery lata więzienia za morderstwo dostanie od Skarbu Państwa 300 tys. zł zadośćuczynienia i 14 625 zł odszkodowania.