22 lutego 2013 roku znaleziono zwłoki 70-letniego lekarza w posiadłości, którą zamierzał sprzedać. Miał kilka ran kłutych w okolicy klatki piersiowej i brzucha. Podobny schemat zbrodni policjanci zobaczyli pół roku później. Tym razem ofiarą była 63-letnia Elżbieta. Tak jak w przypadku pierwszego morderstwa, kobieta otrzymała kilkanaście ciosów nożem. Zabójca wpadł w ręce policji dopiero w lutym 2014 roku.
70-letni lekarz otrzymał telefon od mężczyzny, który był zainteresowany kupnem domu na warszawskiej Sadybie. Kupiec twierdził, że przez dłuższy czas mieszkał za granicą i dzięki temu udało mu się zarobić sporo pieniędzy. Postanowił jednak wrócić do Polski i zainwestować oszczędności w nieruchomość. Ta wiadomość ucieszyła emeryta, który od kilku lat bezskutecznie próbował znaleźć kupca na dom.
Na 99 proc. tym razem dobijemy targu. Przyjedzie z dekoratorką wnętrz, która będzie mu urządzała mieszkanie
- miał powiedzieć żonie, szykując się na spotkanie z tajemniczym klientem, o czym pisze "Wprost".
Mężczyźni mieli zobaczyć się w posiadłości 22 lutego 2013 roku o godzinie 18. Żona lekarza zaczęła się niepokoić długą nieobecnością męża i głuchym telefonem, który otrzymała. Poprosiła swoją córkę, aby pojechała do domu i sprawdziła, czy z mężczyzną wszystko jest w porządku. Dotarła na miejsce około 20. Martwy mężczyzna leżał w piwnicy, a obok niego zakrwawiony nóż. Kobieta zawiadomiła odpowiednie służby.
Sekcja zwłok wykazała, że mężczyzna najpierw został zaatakowany gazem paraliżującym, a dopiero później morderca zaczął w furii zadawać ciosy nożem. Przyczyną śmierci 70-letniego lekarza było wykrwawienie. Zabezpieczono DNA na zostawionym nożu, jednak nie znaleziono go w bazie danych. Funkcjonariusze zaczęli szukać motywu zbrodni, jednak bezskutecznie. Z mieszkania nic nie zginęło, więc nie było mowy o kradzieży. Spokojny starszy pan nie miał wrogów ani długów.
Śledczy zabezpieczyli bilingi zamordowanego mężczyzny. Wśród rozmów znaleziono numer osoby, z którą umówił się lekarz na spotkanie w celu sprzedaży domu. Funkcjonariusze zarejestrowali kilkuminutową aktywność numeru dwa dni po zabójstwie. Nie udało się jednak niczego ustalić. Kolejne logowanie podejrzanego mężczyzny miało miejsce dopiero cztery dni później. Tym razem śledczym udało się nagrać głos potencjalnego mordercy. Po tym wydarzeniu telefon znów zamilkł.
Funkcjonariusze wciąż nie wiedzieli, kto mógł zamordować lekarza. Przez kolejne pół roku nie pojawiły się żadne dodatkowe ślady czy chociażby poszlaki, które mogłyby doprowadzić ich do mordercy. Do czasu.
W sierpniu tego samego roku 63-letnia Elżbieta umówiła się na spotkanie z mężczyzną, który był zainteresowany wynajmem jej posiadłości na warszawskim Imielinie. Podawał się za przedstawiciela austriackiej firmy. Podczas pierwszego spotkania klient zrobił na kobiecie dobre wrażenie. Był elegancko ubrany, pachniał dobrymi perfumami. Elżbieta nie przypuszczała, że z kolejnego spotkania nie wyjdzie żywa.
Elżbieta pojechała do swojej willi, aby dobić targu z biznesmenem. Jej ciało odnaleziono dopiero wieczorem. Leżała na podłodze w salonie, miała skrępowane ręce i nogi za pomocą taśmy klejącej. Na szyi miała widoczny ślad uduszenia, a na klatce piersiowej rany kłute. Obok zwłok znaleziono zakrwawiony nóż. Na miejscu pojawiły się odpowiedni służby.
Sekcja zwłok wykazała, że kobieta próbowała się bronić. Pod jej paznokciami znaleziono obcy naskórek, jednak podobnie, jak w przypadku pierwszego morderstwa, DNA sprawcy nie widniało w bazie policji. Kobieta najpierw została uduszona, dopiero później zadano jej kilkanaście ciosów nożem w klatkę piersiową. Funkcjonariusze ustalili, że z domu nic nie zginęło. Podobnie jak zamordowany lekarz, kobieta nie miała wrogów.
Funkcjonariusze od razu połączyli sprawy. Okoliczności zbrodni były prawie takie same, z obu domów nic nie zniknęło, ofiarami były osoby starsze, a sposób odbierania im życia był podobny. W obu przypadkach na miejscu zbrodni leżał nóż. Śledczy określili sprawcę jako "zabójcę z ogłoszenia", ponieważ w ten sposób mężczyzna znajdował swoje ofiary. Zabezpieczono bilingi rozmów mordercy, w których znajdowały się wyłącznie połączenia do osób, które oferowały kupno lub wynajem domów.
Próbowano stworzyć profil mordercy. Policyjna psycholożka analizując zachowania mężczyzny, doszła do wniosku, że zabójca dokonuje swoich zbrodni dla dostarczenia sobie emocji. W takiej sytuacji mordercę satysfakcjonuje uczucie pozbawiania kogoś życia. Dodatkowo taka osoba odczuwa przyjemność z gry z policją, która ma problem z jego identyfikacją, chce, żeby jego uczynki zyskiwały rozgłos. Dlatego na miejscu zbrodni zostawia zakrwawione noże, które są w pewnym sensie jego wizytówką.
W lutym 2014 roku telefon mordercy aktywował się trzykrotnie. Mężczyzna wykonał sekundowe połączenie do osoby, która sprzedawała dom na warszawskim Ursynowie. Następnie wysłał dwa SMS-y do Zbigniewa H. i Moniki B. Te osoby były spokrewnione z Jerzym B. Mężczyzna był kuzynem H. i ojcem B. Funkcjonariusze zaczęli przyglądać się podejrzewanemu. Miesiąc później zatrzymali mężczyznę, który czekał w samochodzie na Ursynowie. Na pytanie, co robi w tym miejscu, Jerzy odpowiedział, że planuje spędzić noc u kuzyna Zbigniewa.
Funkcjonariusze postanowili wejść do domu, przed którym stał Jerzy. Jak podaje "Wprost", znaleźli tam weksel, kajdanki, okładkę legitymacji policyjnej, pojemnik z gazem paraliżującym, nóż kuchenny, taśmę klejącą i kilka par gumowych rękawiczek, a także telefon bez baterii i karty SIM. W samochodzie odnaleziono kolejny telefon. Śledczy ustalili, że komórki były używane do kontaktu m.in. z Elżbietą i lekarzem. Jerzy B. nie przyznał się do żadnego z dwóch zabójstw.
Zatrzymany mężczyzna był po pięćdziesiątce. Prowadził swoją działalność, sprzedając materiały biurowe, jednak biznes okazał się klapą. Jerzy zaczął inwestować pieniądze na rynku walutowym, jednak krach na giełdzie pochłonął jego oszczędności.
Zajmowałem się handlem walutami w internecie. Najlepiej prosperowałem w latach 2008-2009, a później był krach na giełdach i zaczęły się problemy. Do tego doszedł jeszcze dług mojego ojca, który był hazardzistą. Dlatego ostatnio byłem na utrzymaniu mamy, ale pożyczałem też pieniądze od znajomych
- opowiadał Jerzy B., cytowany przez "Angorę".
Jak podaje "Fakt", w sumie mężczyzna był winien znajomym ponad 400 tys. zł, a na dodatek 12 tys. zł urzędowi skarbowemu i prawie 100 tys. bankowi. Często zmieniał numer telefonu, aby dłużnicy nie mogli się z nim skontaktować. Niepowodzenia materialne nie były jedynymi, z którymi borykał się Jerzy. Miał również problemy rodzinne.
Kilka lat temu rozwiodłem się z żoną, ale przez wiele lat już nie mieszkaliśmy ze sobą. Powodem tego rozstania był brak zgrania i porozumienia się. Któregoś dnia żona wróciła z wakacji i kazała mi się spakować
- opowiadał Jerzy B., cytowany przez "Angorę".
Jednak według rodziny Jerzy był dobrym człowiekiem. Twierdzili, że był spokojnym mężczyzną, że opiekował się córką i jej dzieckiem. Miał problemy finansowe i małżeńskie, jednak nikt nie podejrzewał, że mógłby kogokolwiek zamordować.
Mężczyzna nie przyznawał się do winy, mimo że ślady DNA na miejscach zbrodni należały do niego, podobnie jak głos, który zarejestrowali funkcjonariusze. Biegły sądowy Dariusz Piotrowicz określił Jerzego jako osobę narcystyczną.
Ma obniżony poziom lęku i skłonność do manipulacji otoczeniem. Brak mu empatii, od innych wymaga przestrzegania prawa, ale sam pozwala sobie na jego łamanie. Ma skłonności psychopatyczne i stałą silną potrzebę stymulacji napięcia emocjonalnego. Nie zabijał dla rabunku czy uzyskania korzyści materialnych. Dopuszczał się najcięższych zbrodni, aby poczuć przypływ adrenaliny i rozładować napięcie psychiczne
- mówił biegły, cytowany przez Wprost.
Oskarżony mężczyzna dalej uparcie twierdził, że jest niewinny i padł ofiarą pomyłek śledczych. Sąd nie dał wiary jego tłumaczeniom ani linii obrony jego adwokata. Sąd Okręgowy w Warszawie za morderstwo dwóch osób skazał Jerzego B. na dożywocie.
Sąd nie stwierdził w tej sprawie żadnych okoliczności łagodzących i kara jest dostosowana do tego stwierdzenia. Rozmiary zła są nieodwracalne. Ta sprawa jest przykładem, jaką tajemnicą jest ludzka psychika i jak niegodnie, niemoralnie, człowiek jest w stanie się zachować
- mówił sędzia Paweł Dobosz, cytowany przez "Super Express".
Od wyroku złożono apelację, ale okazała się bezskuteczna. Sąd drugiej instancji utrzymał wyrok. Mężczyzna nie zamierzał się poddać. Jego obrońca złożył kasację do Sądu Najwyższego, jednak została ona oddalona.