Uwaga!

Ta strona zawiera treści przeznaczone wyłącznie dla osób dorosłych

Poszła tylko wyrzucić śmieci. "Nigdy się nie dowiem, co się tam stało"

Gdy Danuta miała 19 lat, poszła do wróżki. Młoda dziewczyna nie wiedziała jeszcze, co chce robić w życiu i jak się ono potoczy. - Nie dożyjesz 40 lat, zginiesz tragicznie i zostawisz po sobie małe dziecko - powiedziała jej wieszczka. Historia ta stała się rodzinną anegdotką, którą można było przywołać dla żartu. Po 20 latach okazało się jednak, że nie ma w tym nic śmiesznego.
Danuta Matusik
Fot. Marta Błażejowska / Agencja Wyborcza.pl // YouTube / Polskie Archiwum X

Danuta Matusiak mieszkała z rodziną w jednym z wieżowców w Rybniku. Nie przelewało jej się, bo miała czterech synów, a jej mąż był rencistą. Witold pracował przy robotach drogowych, ale jego życie odmienił wypadek, do którego doszło w 1990 roku. Został wówczas przygnieciony przez dźwig i stał się niezdolny do pracy. Interia pisze, że mąż Danuty łapał się dorywczych zajęć, ale nie zapewniało im to stabilnego dochodu. Samoocena Witolda spadła. Zaczął pić, a między nim i Danutą zaczęło się psuć.

W połowie lutego 2000 roku Witold poszedł do osiedlowego baru Elita. Kiedy z niego wychodził, wybuchła pijacka sprzeczka, a on został uderzony kuflem. Trafił wówczas do szpitala w Wodzisławiu Śląskim, ale wypisał się na własne żądanie. Pokłócił się o to z Danutą.

Zobacz wideo Były szef więziennictwa, Paweł Moczydłowski, krytycznie o polskich służbach: Tego cyrku nie da się wyjaśnić [Oskarżam. Kryminalny cykl Gazeta.pl]

2 marca 2000 roku atmosfera w domu państwa Matusików była napięta. Danuta wciąż była zła o to, że Witold wypisał się ze szpitala. O poranku wyszykowała się do pracy, przygotowała synom drugie śniadanie i wyszła z domu. Witold wyszedł za nią i zaproponował jej, że odwiezie ją na przystanku. Po drodze wymienili parę zdań, a ostatnie, co sobie powiedzieli, to zdawkowe "cześć".

Kasia siedziała na korytarzu i przyglądała się pracy Danusi. Ktoś krzyknął do niej: "Ej, ty!"

Danuta była sprzątaczką w Zasadniczej Szkole Zawodowej w Rybniku. Koleżanki z pracy zapamiętały ją jako osobę spokojną, pogodną i małomówną. Kobiety pracowały razem od dłuższego czasu, ale nie nawiązały z nią bliższych relacji. Mimo to 2 marca 2000 roku poskarżyła im się na męża. 

Danuta pracowała zazwyczaj od 12 do 20. Tak samo było feralnego dnia. O godzinie 18 kobiety zamknęły główne drzwi szkoły. Chwilę później usłyszały pukanie. Przed wejściem stało dwóch chłopców, którzy zapytali, czy druga klasa skończyła lekcje. W jednej z sal siedzieli uczniowie klasy trzeciej. Skończyli zajęcia o 18.45.

Na korytarzu siedziała uczennica o imieniu Kasia. "Gazeta Wyborcza" pisze, że dziewczyna czekała, aż przyjedzie po nią chłopak, bo przed szkołą zaczepiało ją dwóch wyrostków i nie czuła się bezpiecznie. Gdy siedziała koło szkolnej portierni, widziała, jak Danuta sprząta, wymieniła z nią parę zdań. Sprzątaczka wylała wodę z wiaderka i wzięła dwa worki ze śmieciami, po czym ruszyła w kierunku drzwi. Kasia wyszła z budynku mniej więcej w tym samym czasie. Kiedy szła w kierunku malucha swojego chłopaka, usłyszała, że ktoś krzyczy do niej: "Ej, ty!". Dziewczyna zignorowała to wołanie i wsiadła do samochodu. Odjechała z chłopakiem około godziny 19.25.

 

Interia pisze, że Danuta miała wyrzucić śmieci, a potem zakręcić wodę w budynku. Te czynności powinny jej zająć mniej więcej pięć minut. 39-latka nie wracała jednak dłuższą chwilę, dlatego jej koleżanki zaczęły jej szukać. Gdy wyszły przed szkołę, zauważyły śmieci rozrzucone na asfalcie. Jedna z kobiet zadzwoniła po pomoc. Na miejsce przyszedł mąż woźnej, który przyniósł ze sobą latarkę. Niedługo później znaleźli ciało Danuty.

Jej twarz była we krwi. Widziałem rany w okolicach oczu. Leżała na plecach

- zeznał mąż woźnej. Jego żona dodała, że Danuta miała "rozciągnięte ręce i otwarte oczy", które "spoglądały w niebo".

Na miejsce przyjechała karetka i pierwsze radiowozy. Wokół szkoły zaczęli zbierać się ludzie zaciekawieni tym, co stało się w pobliżu szkolnych kontenerów. Jedną z osób, która przyglądała się działaniom policji, był Jan O.

W sali 225 śledczy znaleźli płaszcz i torebkę Danuty. W środku znajdowały się pieniądze, perfumy, szminka, książeczka ubezpieczeniowa dzieci, lakier do włosów. Nic szczególnego. Z pierwszych ustaleń śledczych wynikało, że Danuta nie miała wrogów. Funkcjonariusze dowiedzieli się jednak, że 39-latka pokłóciła się z mężem. Pierwsze podejrzenia padły więc na Witolda.

Po godzinie 20 do mieszkania Matusików zapukali policjanci. Funkcjonariusze powiedzieli Witoldowi, że jego żona nie żyje. Kiedy zapytał, co się stało, nie odpowiedzieli. Przeszukali cały dom, potwierdzili też, że Witold jest trzeźwy, po czym zabrali go na komendę. Szybko okazało się, że mąż Danuty ma alibi. 

Sekcja zwłok 39-latki wykazała, że napastnik zadał jej aż 115 ran, w tym 48 w głowę, a 36 w szyję. Narzędziem zbrodni był scyzoryk lub nóż o krótkim ostrzu, którego nie udało się odnaleźć. Ślady na ciele Danuty wskazywały na to, że próbowała się bronić. Kto mógł chcieć ją zabić?

Zapytał fryzjerkę, gdzie jest Kaśka. "Co ty ciulasz? Widziałem ją dziś rano"

Dwa dni po śmierci Danuty z zakładu fryzjerskiego przy ulicy Zebrzydowickiej wyszła jedna z pracownic. Zaczepił ją wówczas nieznajomy mężczyzna, który zapytał o Kaśkę. Zaskoczona kobieta odpowiedziała, że nikt taki tu nie pracuje. 

Co ty ciulasz? Widziałem ją dziś rano

- odpowiedział nieznajomy. Interia pisze, że chwilę później dołączył do niego drugi mężczyzna, któremu ten pierwszy kazał zasłonić twarz.

Kasia to dziewczyna, która w dniu śmierci Danuty czekała przy szkolnej portierni na swojego chłopaka i była zaczepiana przez dwóch chłopaków. Uczennica robiła staż w zakładzie fryzjerskim, ale tego dnia została zabrana przez policjantów na przesłuchanie. Śledczym nigdy nie udało się ustalić, kim byli tajemniczy mężczyźni, którzy o nią pytali.

Osiem dni po zabójstwie sprzątaczki prokurator postawił zarzut Adamowi M. Mężczyzna był wcześniej karany za kradzieże, a świadkowie zeznali, że widywali go w pobliżu szkoły. Okazało się jednak, że M. mieszka w okolicy. Po kilku dniach oczyszczono go z zarzutów, bo ustalono, że w chwili śmierci Danuty jechał autobusem z Żor.

10 dni po zabójstwie na policję zadzwoniła nieznana osoba, która powiedziała, że z zabójstwem Danuty mogą mieć związek osoby, które brały udział w bójce, w czasie której mąż zamordowanej został uderzony kuflem. Ten trop nie doprowadził jednak do przełomu w sprawie.

Uczniowie szli w posępnym marszu. "To było dzieło szaleńca"

Dwa miesiące po śmierci Danuty uczniowie szkoły, w której pracowała, zorganizowali czarny marsz ulicami miasta. Apel o przyłączenie się do protestu przeciwko bezsensownej przemocy wysłali także do innych placówek edukacyjnych w Rybniku. W wydarzeniu wzięły udział dziesiątki osób. Nastolatkowie nieśli ze sobą czarne kwiaty z papieru i transparenty z hasłami: "Precz z przemocą", "Nie będziemy bierni", "Bezpieczna szkoła". Na czele marszu szedł mąż Danuty.

Myślałem, że Rybnik jest bezpiecznym miastem. Do czasu, aż mi zamordowali żonę. Idę w tym marszu, chociaż mi ciężko, ale jeśli dzięki temu może się coś poprawić? (...) Nikomu nie życzę tego, przez co przeszedłem. Lekarka, która robiła żonie sekcję zwłok, odradzała mi oglądanie ciała. To było dzieło szaleńca. Musimy sobie bez Danusi jakoś poradzić, znajomi pomogą, rodzina

- mówił Witold, którego słowa cytuje "Gazeta Wyborcza".

Miesiące mijały, ale śledczym nie udało się odpowiedzieć na pytanie, kto zabił Danutę. W sierpniu 2000 roku powstała opinia psychologiczna, której autorzy próbowali opisać to, kim jest zabójca 39-latki i jaki mógł mieć motyw. Z dokumentu tego wynika, że to osoba pochodząca z rodziny o niskim statusie społecznym, posiadająca wykształcenie podstawowe, niedbająca o swój wygląd. Biegli wskazywali, że sprawca nie planował zabójstwa, że działał w sposób spontaniczny. Podkreślili także, że napastnik mógł przyjmować środki odurzające, które mogły "wyzwalać jego pobudzenie seksualne". Opinia ta nie pomogła jednak w rozwiązaniu zagadki. W maju 2021 roku sprawę umorzono.

W marcu 2002 roku do zakładu karnego w Raciborzu trafił Daniel W. skazany na trzy lata za rozbój i kradzież. Pół roku później wylądował w więzieniu w Nysie. Tam poznał Jana O., z którym dzielił celę. Gdy Daniel był na wolności, słyszał plotki, że to właśnie Jan zabił sprzątaczkę z rybnickiej szkoły. Próbował go podejść, żeby dowiedzieć się, czy to prawda.

Próbował się dowiedzieć, czy to Jan zabił Danutę. "Wywinąłem się z tego"

Interia pisze, że Daniel i Jan wychodzili razem na spacerniak. Pewnego dnia O. zaczął się skarżyć na swój wyrok. W pewnym momencie dodał: "Dobrze, że nie wjechałem za głowę". Daniel W. stwierdził, że to dobry moment, aby dowiedzieć się czegoś o śmierci Danuty. Rzucił do kolegi z celi, że "policja w Rybniku ma sto procent wykrywalności".

- Ma 99 proc., bo ta sprzątaczka nie jest wykryta - odpowiedział O.

- Wykryte - stwierdził W.

- Nie, bo się z tego wywinąłem - odrzekł O.

- Masz szczęście - stwierdził W., kończąc rozmowę. 

Wieczorem tego samego dnia Jan O. miał podjąć temat śmierci Danuty po raz kolejny. Podobno stwierdził wówczas, że liczy się z tym, że za 15-20 lat może "wjechać za to na celę".

Jan O. pasuje do opisu psychologicznego sprawcy zabójstwa Danuty Matusik, który nakreślili biegli. W 2000 roku był szesnastolatkiem. Interia pisze, że jego matka umarła, gdy miał osiem lat i od tamtej pory miał coraz więcej problemów - zaczął wagarować, zrezygnował z nauki w szóstej klasie szkoły podstawowej, kradł, wąchał klej i rozpuszczalnik, po czym robił się agresywny.

Na to, że Jan O. może mieć związek ze śmiercią Danuty, wskazują zeznania Daniela W., ale nie tylko. Dwa dni po morderstwie o sprawie tej rozmawiali trzej chłopcy, którzy mieszkali w pobliżu szkoły. Nagle obok nich pojawił się pijany Jan O. Nastolatkowie zapytali go wprost, czy to on zabił sprzątaczkę. O. miał najpierw zaprzeczyć, a potem powiedzieć: "No dobra, to ja ją zabiłem. Najlepsze było, jak podcinałem jej gardło". 

Gdy Jan O. został przeniesiony z więzienia w Nysie do zakładu karnego w Opolu, jego kolega z celi zastanawiał się kilka dni, co zrobić z wiedzą na temat zabójstwa Danuty. W końcu napisał list do śledczych, w którym opisał to, co usłyszał od Jana. 

Podejrzewany został przesłuchany. Gdy Jan O usłyszał, że Daniel W. rzucił na niego cień podejrzeń, stwierdził, że zrobił to, żeby się zemścić. Nie wyjaśnił, dlaczego Daniel miałby to zrobić, ale śledczym to wystarczyło. Nie wszczęli śledztwa, a akta sprawy uzupełnione o słowa Daniela W. trafiły z powrotem do prokuratorskich archiwów.

Mąż Danuty Matusik został sam z czwórką dzieci. Po śmierci żony dostał 61 tys. zł odszkodowania. W rozmowie z "Gazetą Wyborczą" z 2021 roku stwierdził, że nie wierzy, że sprawca się znajdzie.

Nie chcę już opowiadać, jak nam było ciężko, jak wychowywałem dzieci sam, co przeżywaliśmy, bo co - niby zabójcę ruszy sumienie? I przyzna się? Nie wierzę w to. Nigdy się nie dowiem, co się tam stało. Synowie do dziś nie potrafią o tym mówić

- powiedział. Gdy dziennikarze zaproponowali mu spotkanie, odmówił.

Sprawa zabójstwa sprzątaczki na pewno nie została zapomniana przez policjantów, a sprawca lub sprawcy nie powinni spać spokojnie

- zapewniała w 2016 roku podinsp. Aleksandra Nowara z KWP w Katowicach, której słowa cytuje portal nowiny.pl. Policjantka tłumaczyła, że sprawa ta trafiła do tzw. Archiwum X.

Policjanci z tego zespołu co jakiś czas wracają do nierozwiązanych spraw, szczególnie gdy pojawi się jakiś nowy ślad. Być może ktoś widział coś tragicznego wieczoru lub nie zdecydował dotąd przekazać policji jakiejś informacji na temat sprawców. Taką informację można przekazać zupełnie anonimowo

- powiedziała. 

Więcej o: