Guillermina Colon milczała latami. I trudno się dziwić - w końcu przeżyła prawdziwą tragedię. Przełamała się dopiero w 1995 roku, w rozmowie z reporterem "Democrat and Chronicle", w której wyznała, że choć od zawsze żyje w ubóstwie, to nie o dobrach materialnych marzy przed śmiercią.
Jeśli mogłabym umrzeć, wiedząc, kto zabił moją Carmencitę, mogłabym umrzeć spokojniej, niż żyłam. To jedyna rzecz, której pragnę w życiu - wiedzieć, że ta osoba zapłaci za straszne rzeczy, które zrobiła mojej małej dziewczynce. Gdyby osoba, która to zrobiła, miała choć odrobinę współczucia, zobaczyłaby ból i cierpienie, przez które przechodziły rodziny tych małych dziewczynek przez cały ten czas
- powiedziała. Ale tego, o co prosiła, nigdy nie dostała.
Carmen Colon była tylko dzieckiem, które znalazło się w złym miejscu w złym czasie. Był 16 listopada 1971 roku. 10-latka wyszła z domu około 16:30 i poszła do pobliskiej apteki. Zrobiła to dla swojego dziadka, który potrzebował leków. Świadkowie zeznali, że widzieli ją wychodzącą ze sklepu i wsiadającą do zaparkowanego samochodu. Ta krótka podróż zakończyła się tragicznie. Carmen nigdy nie wróciła do domu.
Zgłoszono zaginięcie dziewczynki, a policja rozpoczęła poszukiwania. Sierżant CJ Zimmerman informował później, że niespełna godzinę po otrzymaniu zgłoszenia funkcjonariusze odebrali kilka telefonów od osób przejeżdżających autostradą międzystanową.
Była ubrana do połowy. Nie miała na sobie spodni, nie miała na sobie koszuli i wymachiwała rękami
- opowiadał funkcjonariusz, relacjonując zeznania osób, które widziały Carmen. Mimo że było ich wiele, nikt jej nie pomógł.
Dwa dni później dwóch chłopców znalazło jej częściowo nagie ciało w wąwozie niedaleko autostrady, około 20 kilometrów od miejsca, w którym widziano ją po raz ostatni. Policja stwierdziła, że Carmen została zgwałcona i uduszona. Na miejscu zbrodni znaleziono DNA, ale nie było go wystarczająco dużo, aby utworzyć profil sprawcy.
Robiono wszystko, by znaleźć zabójcę 10-latki. W Rochester pojawiły się bilbordy z jej twarzą, informacje w gazetach, zaoferowano też 10 tys. dolarów za informacje przydatne dla najbliższych i policji.
Potrzebujemy tylko najmniejszej iskry, tego jednego elementu układanki. Ta sprawa jest przesiąknięta benzyną, potrzebuje tylko jednej małej iskry
- mówił Zimmerman. Czas mijał jednak nieubłaganie, a zabójcy dziewczynki nie udało się odnaleźć.
Śmierć 10-letniej Carmen Colon był jedynie początkiem horroru, który czekał mieszkańców Rochester. 17 miesięcy później doszło do kolejnej tragedii - 2 kwietnia 1973 roku zniknęła 11-letnia Wanda Walkowicz. Około godziny 17:15 dziewczynka odwiedziła delikatesy i zrobiła zakupy, po czym ruszyła samotnie ulicą Conkey Avenue. Matka Wandy zgłosiła jej zaginięcie o 20. Niestety, dzień później znaleziono ciało 11-latki. Zwłoki leżały na przystanku Bay Bridge na Route 104 w Webster. Podobnie jak w przypadku Carmen, policja stwierdziła, że ofiara została zgwałcona i uduszona. Świadkowie widzieli Wanda wychodzącą ze sklepu. Widzieli też mężczyznę w brązowym lub beżowym samochodzie, który podążał za nią.
Kiedy świadkowie spojrzeli za siebie, Wandy już nie było, podobnie jak pojazdu
- powiedział śledczy George Grbic. Tu jednak pojawiła się iskierka nadziei, bo udało się zdobyć materiał genetyczny sprawcy. Śledczy nie byli jednak w stanie przypisać go do któregokolwiek z podejrzanych.
Siedem miesięcy później, 26 listopada 1973 roku, doszło do kolejnej tragedii. Tym razem zgłoszono zaginięcie 11-letniej Michelle Maenzy. Dziewczynka nie wróciła do domu ze szkoły. Z relacji świadków wynikało, że ostatnim miejscem, w którym ją widziano, był parking przy restauracji w Penfield. Obok niej dostrzeżono mężczyznę, który odjechał z nią samochodem. Udało się sporządzić jego portret pamięciowy, ale i tym razem na nic się to zdało.
Dwa dni później, 28 listopada 1973 r., poinformowano, że ciało Michelle zostało znalezione w rowie przy Eddy Road w Macedon. Detektyw sierżant Kevin Kuntz z Departamentu Szeryfa Hrabstwa Wayne poinformował News 10 NBC, że autopsja dziewczyny wykazała dowody gwałtu i uduszenia, podobnie jak w przypadku innych ofiar.
Byli w stanie stwierdzić uduszenie paskiem. Sekcja zwłok wykazała, że w żołądku Michelle znajdował się hamburger i cebula
- przekazał.
Dlaczego historia została nazwana „alfabetycznymi morderstwami"? Śledczy zwrócili uwagę na zależność między pierwszymi literami imion i nazwisk ofiar, a nazwami miejscowości, w których znaleziono ich zwłoki. Za każdym razem ciała znajdowano w miejscach, które się z nimi łączyły: Carmen Colo znaleziono w Churchville, Michelle Maenzę w Macedon, a Wandę Walkowicz w Webster. Zwrócono też uwagę na inne podobieństwa ofiar. Wszystkie pochodziły z biednych, katolickich rodzin, miały niewielu przyjaciół i doświadczyły zastraszania.
Zagraniczne media podkreślają, że policja przesłuchała ponad 800 potencjalnych podejrzewanych, jednak żadnemu z nich nie udało się postawić zarzutów. Pojawiły się też wątpliwości, które dotyczyły liczby sprawców, bo o ile zabójstwa Michelle i Wandy były bliźniacze (dziewczynki zgwałcono i uduszono paskiem od spodni), tak zbrodnia dokonana na Carmen nieco się od nich różniła. Dziewczynkę rozebrano, nosiła inne ślady przemocy, nie ma też pewności, co było narzędziem zbrodni.
Najwięcej pisze się o czterech osobach, które policja podejrzewała o popełnienie zbrodni. Pierwszą z nich był wujek Carmen, Miguel Colon, który kupił samochód odpowiadający opisowi pojazdu, który widzili świadkowie. Sprawa została jednak przerwana ze względu na jego śmierć. Innym podejrzewanym był 25-letni strażak Dennis Termini, znany jako "garażowy gwałciciel", którego nazwisko łączono z co najmniej 14. gwałtami w latach 1971-1973. On też miał auto podobne do tego widzianego przez świadków. Kolejny podejrzewany to seryjny morderca Kenneth Bianchi, który pracował jako sprzedawca lodów w Rochester. On też miał podobny samochód i pracował w pobliżu miejsc zbrodni. Przeniósł się później do Los Angeles i został oskarżony o morderstwa Hillside Strangler, ale jego udział w morderstwach w Rochester nie został udowodniony. Podejrzewany był także Joseph Naso, ale jego materiał genetyczny nie pasował do śladów znalezionych na ciałach dziewczynek. Żadnego z wymienionych nie skazano za te zbrodnie.
Śledczym nie udało się złapać sprawcy, choć po 50. latach od zabójstwa ostatniej dziewczynki pojawił się nowy trop. Użytkowniczka TikToka o imieniu Alexis wierzyła, że to jej dziadek był sprawcą "alfabetycznych morderstw", o czym powiedziała w jednym ze swoich filmików. Alexis twierdziła, że jej ciotka była bliską przyjaciółką Walkowicz, a jej dziadek znał Wandę. Dodała, że prowadził sklep spożywczy i rozmawiał z Walkowicz w dniu, w którym widziano ją po raz ostatni. Powiedziałą także, że jej dziadek był pierwszą osobą, która zaoferowała nagrodę za wszelkie informacje na temat zniknięcia dziewczynki.
Gdy tylko znaleziono ciało, zostało zaraportowane, że chodził i rozpowiadał, że to ciało Wandy, choć informacja ta nie została jeszcze oficjalnie potwierdzona
- powiedziała wprost.
Rodzina Alexis była tak zaangażowana w sprawę, że dostarczyła policji materiał genetyczny mężczyzny, by mogli go porównać z tym znalezionym po zabójstwie Wandy. Okazało się jednak, że wynik jest negatywny.
Donald A. Tubman, były policjant pracujący jako detektyw, podejrzewał, że osobą odpowiedzialną za zbrodnie może być mężczyzna z Rochester, który przebywa w więzieniu od ponad 30 lat. Skazano go na maksymalny wyrok 25 lat za zgwałcenie 11-latki w 1987 roku. Następnie trafił do więzienia w Westmoreland w Nowym Jorku, bo uznano, że jest zbyt niebezpieczny, by wypuścić go na wolność. "Mieszkał w tej samej okolicy co Wanda i Michelle. Mogły go znać lub postrzegać jako autorytet, gdy z nimi rozmawiał. W czasie morderstw był wolny, nie przebywał w więzieniu. Miał horrendalną kartotekę" - powiedział detektyw Newsweekowi. Dziennikarze wysłali pismo do adwokata skazanego z prośbą o informacje, ale ich nie uzyskali. Sprawa pozostaje nierozwikłana do dziś.