Zaginięcie 18-letniej Katarzyny Iwańskiej z Gąbina to zagadka, która wstrząsnęła całym regionem. Kasia była typową, niepozorną uczennicą liceum. Utrzymywała jednak kontakty, które prawdopodobnie mogły doprowadzić do nieszczęścia.
Wszystko zaczęło się od spotkania z Andrzejem, który był ponad 30 lat starszy od Kasi. Był to mężczyzna dobrze sytuowany, mieszkający w Płocku, który zaimponował młodej dziewczynie. Początkowo wydawało się, że ich znajomość to jedynie przyjaźń, jednak stopniowo zaczęła się ona przeradzać w coś więcej. To mocno zaniepokoiło bliskich nastolatki.
Jak można przeczytać w "Angorze" z 2014 roku, Andrzej stał się kierowcą Kasi. Mężczyzna zawoził ją do szkoły i na imprezy, ale też obsypywał ją prezentami i był sponsorem luksusowych wakacji nad morzem. Rodzina 18-latki nie akceptowała tej znajomości, ale stopniowo przyzwyczajała się do obecności Andrzeja w życiu Kasi. Dziewczyna była jednak zakłopotana nowym związkiem, dlatego przedstawiała swego adoratora jako wujka, aby zatuszować prawdziwą naturę ich relacji. Wszystko stało się jeszcze bardziej tajemnicze, kiedy Kasia zniknęła.
15 stycznia 2004 roku, około godziny 10 rano, Andrzej odwiózł Kasię pod blok jej przyjaciółki Justyny. Niedługo później nastolatka udała się taksówką do swojego kolegi Konrada. O godzinie 14 chłopak odprowadził ją na przystanek autobusowy, skąd Kasia miała udać się na zaplanowaną wizytę u stomatologa. Nigdy tam jednak nie dotarła.
Następnego dnia siostra Kasi, Ania, odebrała telefon od zaniepokojonego Andrzeja. Mężczyzna powiedział jej, że Kasi nie przyszła na umówione spotkanie i nie odpowiada na wiadomości. Portal Zaginieni przed laty informuje, że kolejnego dnia rodzina i znajomi zaczęli otrzymywać tajemnicze SMS-y od Kasi, w których dziewczyna informowała ich o tym, że się ukrywa. Nastolatka twierdziła, że szuka jej jakaś grupa przestępcza.
23 stycznia rodzina zdecydowała się zgłosić zaginięcie Kasi na policji. SMS-y nadal jednak napływały. Wiele z nich zawierało przeprosiny, wyrazy miłości do rodziny, ale także informacje o rzekomym ściganiu przez przestępców. Krewni Kasi zaczęli wątpić w autentyczność wiadomości, choć odpowiedzi na pytania dotyczące jej bliskich były poprawne. Śledczy rozpoczęli więc śledztwo. W międzyczasie, latem tego samego roku, okolicami Płocka wstrząsnęła seria brutalnych napadów na sklepy spożywcze.
"Gazeta Wyborcza" pisze, że w sprawie zaginięcia Kasi jest kilka wątków, które mogą wskazywać, że za tą tragedią stoi Andrzej, natomiast nie ma na to jednoznacznych dowodów. Co ciekawe, mężczyzna stanął przed sądem, ale z zupełnie innego powodu. Został on oskarżony o serię rozbojów, za które groziła mu kara nawet do 20 lat pozbawienia wolności.
"Wyborcza" pisze też, że 51-letni Andrzej Sz. prowadził podwójne życie. Z jednej strony był szanowanym kierownikiem PERN-u, miał rodzinę, dobre relacje z kolegami z pracy. Z drugiej - według aktu oskarżenia - napadał kobiety w małych, podmiejskich sklepach spożywczych. Zawsze działał w ten sam sposób: najpierw obserwował sklep z samochodu, a potem wchodził do środka i brutalnie atakował ekspedientki. Prokuratura zarzuciła mu przeprowadzenie 10 takich napadów w 2004 roku na terenie powiatów płockiego, płońskiego i włocławskiego. Dodatkowo oskarżony miał popełnić kilka oszustw, posługując się sfałszowanymi dokumentami.
Policji udało się odnaleźć telefon Kasi w szafce pracowniczej Andrzeja. Prawdopodobnie to właśnie on wysyłał wiadomości do zrozpaczonej rodziny. Prokuratura przyznała, że istnieje duża szansa na powiązanie Andrzeja Sz. z zaginięciem Katarzyny, ale wciąż brakuje wystarczających dowodów, by postawić mu zarzuty. Mężczyzna został osądzony za napady na sklepy, ale nigdy nie stanął przed sądem w związku z zaginięciem Kasi.