Wyjechali za chlebem i zostawili Roberta z dziadkiem. Przez los "eurosieroty" posunął się do najgorszego

Po tym, jak rodzice Roberta wyjechali na Zachód za chlebem, nastolatek zamieszkał z dziadkiem. Początkowo dobrze sobie radził, ale z czasem zrezygnował ze szkoły, a nawet ze swoich ukochanych treningów piłki nożnej. To, że z Robertem dzieje się coś złego, widzieli zarówno nauczyciele, jak i jego trener. Pomoc nie przyszła na czas. Po tym, co stało się 28 października 2009 roku, Robert trafił za kratki na wiele lat.
Robert M. przed sądem
Fot. Paweł Małecki / Agencja Wyborcza.pl

Robert mieszkał z rodzicami w Kielcach. Trudna sytuacja finansowa rodziny sprawiła jednak, że jego ojciec wyjechał do pracy za granicą. Po czasie dołączyła do niego także matka nastolatka. Rodzice chcieli, aby ich syn przeprowadził się razem z nimi do Belgii, jednak chłopiec wolał skończyć szkołę i dopiero później wyjechać. W ten sposób 18-letni Robert został tzw. eurosierotą. To wówczas zaczęły się jego problemy.

Zobacz wideo Jak wygląda proces oskarżonego w procesie karnym? "Tylko raz widziałam, żeby po wyroku zaczął płakać"

Nastolatek uczył się w szkole ekonomicznej. Nie był wybitnym uczniem, ale radził sobie z materiałem. Skończył szkołę muzyczną, był koleżeński i lubiany. Trenował piłkę nożną w juniorach Orląt Kielce, gdzie był bramkarzem.

Jego piłka tu trzymała. (...) Miał skończyć szkołę i do Belgii dojechać. Ale ja w to nie wierzyłam, mówiłam jego matce: 'Gosia, nie jedź, można nawet tutaj toalety sprzątać, ale rodzina musi być razem'

- opowiadała babcia nastolatka w rozmowie z "Gazetą Wyborczą".

W 2008 roku po wyjeździe rodziców Robert zamieszkał z dziadkiem. Obiecał, że będzie się przykładał do nauki i początkowo słowa dotrzymywał. Separacja od rodziców sprawiła jednak, że chłopak przestał się starać. Wtedy zaczęły się jego problemy. Zaczął wagarować, pojawiał się tylko na treningach, a z czasem całkowicie z nich zrezygnował.

Przychodził coraz rzadziej, a od połowy roku praktycznie w ogóle. Gdy z nim rozmawiałem, mówił: 'Trenerze, ja i tak nie będę grał, bo wyprowadzę się do Belgii do rodziców'. Było widać, że się zagubił

- mówił trener Roberta, którego słowa cytuje "Gazeta Wyborcza".

Szkoła alarmowała rodziców o kłopotach chłopaka, ale krótko później Robert skończył 18 lat i obowiązek szkolny przestał go dotyczyć. Z tego powodu zrezygnował z nauki po drugiej klasie szkoły średniej. Robert zaczął nadużywać alkoholu, a z czasem sięgnął też po narkotyki. W październiku rozpoczął naukę w Zakładzie Doskonalenia Zawodowego w Kielcach, jednak tej szkoły również nie ukończył. Zainteresował się hazardem i został stałym bywalcem salonów z grami. Z czasem zaczęło mu brakować pieniędzy, ale znalazł na to sposób - rozwiązaniem tego problemu była karta płatnicza dziadka. Z mężczyzną nie miał najlepszych kontaktów. Często się kłócili, ponieważ nastolatek łamał zasady dziadka. 

Wolałem jechać na trening czy mecz, niż iść do szkoły. Wtedy wyjechał mój tata, zostałem tu z mamą. Problemy zaczęły się, gdy mama wyjechała do taty do Belgii. Myślałem, że sobie ze wszystkim poradzę sam, ale zacząłem wagarować, przestałem chodzić do szkoły, treningi też zacząłem opuszczać. Poczułem większą swobodę

- opowiadał Rober w programie "Interwencja".

Pokłócili się o pieniądze i kradzież. "Osiem razy uderzyłem dziadka młotkiem"

28 października 2009 roku około godziny 20 Robert przyszedł do 65-letniego dziadka, aby przyznać się do kradzieży. Z konta starszego pana wypłacił ponad 3 tys. zł, które następnie przegrał. Podczas rozmowy między mężczyznami doszło do kłótni. W pewnym momencie Robert chwycił młotek i zaczął uderzać nim w głowę dziadka.

Poszedłem do mieszkania, aby powiedzieć, że wypłaciłem pieniądze z bankomatu. Powiedziałem mu, że oddam, ale on wtedy się wściekł i rzucił się na mnie. Osiem razy uderzyłem dziadka młotkiem i uciekłem stamtąd

- relacjonował Robert w programie "Interwencja".

Nastolatek nie sprawdził, czy dziadek umarł, nie wezwał pomocy, tylko wyszedł, jak gdyby nic się nie stało. Na miejsce zbrodni wrócił kolejnego dnia. Starszy mężczyzna już nie żył. Robert ponownie nikogo nie poinformował o tym, co wydarzyło się w mieszkaniu. Zdecydował, że zatrze ślady swoich czynów i położył zapalone zapałki przy głowie dziadka, po czym wyszedł. Gdy mieszkanie dziadka stanęło w ogniu, Robert poszedł do sklepu po zakupy, a następnie do swojej dziewczyny, aby zrobić jej śniadanie. 

Mieszkańcy bloku byli przekonani, że starszy pan zginął w pożarze w wyniku nieszczęśliwego wypadku. Nikt nie podejrzewał Roberta, który uchodził za grzecznego nastolatka. Śledczy zatrzymali 19-latka dopiero po tygodniu. Rodzice byli wstrząśnięci informacją o morderstwie, jakiego dopuścił się ich syn. 

Dzwoniliśmy do niego trzy razy dziennie, żeby dowiedzieć się, co robi, gdzie jest. Obiecywał, że będzie wszystko w porządku

- mówiła Małgorzata, matka Roberta, w programie "Interwencja".

Nieobecność rodziców wpłynęła na Roberta. "Gdyby byli w Kielcach, moje życie potoczyłoby się inaczej"

Za zamordowanie dziadka prokuratura zażądała kary 25 lat pozbawienia wolności. Obrońca wnioskował o wyrok z nadzwyczajnym złagodzeniem kary. Nie było złudzeń, że Robert działał z premedytacją. Fakt, że 18-latek nie udzielił dziadkowi pomocy, świadczył o tym, że chłopak chciał, aby starszy pan umarł. Zwłaszcza że kolejnego dnia wrócił na miejsce zbrodni i starał się zatrzeć jej ślady ogniem.

Obecność rodziców mogła wpłynąć korzystnie na rozwój osobowości nastolatka i skorygować błędy, które zaczęły się pojawiać. Tym bardziej że wciąż był uczuciowo z nimi związany

- mówił w czasie procesu sędzia Tomasz Zieliński cytowany przez Wyborczą.

O oddaleniu od rodziców w okresie dorastania wspominał także sam Robert, który przyznał, że ich obecność mogłaby zapobiec tragedii, która się wydarzyła. 

Gdyby rodzice byli w Kielcach, to na pewno moje życie potoczyłoby się inaczej. Wiedziałem, że mam rodziców, na których mogę liczyć, tylko to była moja wina, że nie mówiłem im wszystkiego

- opowiadał Robert w programie "Interwencja". 

Według obrońcy mec. Macieja Sobczyka fakt, że nastolatek nie udzielił pomocy dziadkowi po pobiciu go młotkiem, świadczy o niedojrzałości Roberta. Prawnik wskazywał również, że oskarżony pozbawiony nadzoru rodziców był typowym przypadkiem eurosieroty. Biegli psychiatrzy nie stwierdzili u chłopaka chorób psychicznych ani upośledzenia. Psycholog ocenił, że u Roberta nastąpił nieprawidłowy rozwój osobowości, w wyniku którego nastolatek miał nasilony egocentryzm i działał pod wpływem impulsów. Sąd zdecydował o wyroku skazującym na 15 lat pozbawienia wolności. Od wyroku, który zapadł przed sądem pierwszej instancji, została złożona apelacja. Sąd Apelacyjny w Krakowie obniżył karę do 13 lat pozbawienia wolności. 

Miłość za kratkami. "Myślimy o ślubie właśnie w zakładzie karnym"

Zanim Robert trafił do więzienia, utrzymywał bliskie kontakty z dziewczyną o imieniu Agnieszka. Ich relacja rozkwitła jednak dopiero, gdy chłopak trafił za kraty. To nie przeszkodziło młodym w planowaniu wspólnej przyszłości.

Robert jest moją pierwszą prawdziwą miłością. Chodziliśmy razem do klasy. Nasz związek rozpoczął się, kiedy Robert był już w zakładzie karnym. Myślimy o ślubie właśnie w zakładzie karnym

- mówiła Agnieszka w programie "Interwencja". 

Młodzi ludzie, mimo dzielących ich murów, koresponduje ze sobą.

Agnieszka napisała mi, że to, że przebywam w wiezieniu, to nie znaczy, że nie może być osoby, która będzie w stanie mnie pokochać i być ze mną. Chcemy być razem i mamy wspólne plany

- opowiadał Robert w programie "Interwencja".

Więcej o: